piątek, 12 grudnia 2014

15 TO - szczepienia, zaskoczenia i oczekiwanie

Największym wydarzeniem piętnastego tygodnia było oczywiście szczepienie. Czytając różne relacje z nimi w roli głównej właśnie zastanawiałam się, czy to rzeczywiście aż tak żal serce ściska, że się samej płacze, czy też chce płakać. Myślę - ja będę twarda. Co to przecież, jedynie małe ukłucie. A potem dwie igiełki weszły w ciałko Okruszka, ten spojrzał na mnie z zaskoczeniem i nawet myślałam, ze bez płaczu się obejdzie, ale jak po dwóch sekundach się rozdarł... I rzeczywiście - łzy w oczach stanęły. Bo przecież nie płakał, tak jak zwykle, bo głodny, bo śpiący, znudzony, po prostu mu się chce, tylko z bólu. Cały czerwony się zrobił i lekko zaszedł, ale jak już plasterki wylądowały na wkłuciach poszedł w ramiona do taty i momentalnie się uspokoił.



Tak. Jestem dumna z mojego synka. W ogóle nie tylko z tego, jak zniósł samo szczepienie, a całą wizytę. Byliśmy tam godzinę, najpierw na korytarzu, potem już na przewijaku, gdzie Jakubek zadowolony ze swej nagości wywijał rączkami i nóżkami na prawo, lewo gugając i śmiejąc się. Zabawowy chłopak. Lekarki też uśmiech nie ominął.

Teraz również dokładnie wiem ile waży mój mały (mały?!) chłopiec, jak wysoki jest i dlaczego taki mądry :p

Waga - 6840 g
Długość - 62,5 cm
Obwód głowy - 42 cm

Dostaliśmy receptę na czopki w razie gorączki i książeczkę szczepień. Miałam nadzieję, że to pierwsze nie będzie potrzebne, ale R. po 19 leciał do apteki, jakby go coś goniło. Szczepienie było o 11, gdzie zaraz potem Jakubko szybko zasnął i tak spał do 14. Zdążyliśmy na szczęście zrobić zakupy. Bo potem... potem było marudzenie, noszenie na rękach, ale nie takie, jak zwykle, tylko w stylu "na małpkę" i nie można go było od siebie oderwać. Okruszek żałośnie pojękiwał i kiedy go się gwałtowniej poruszyło była wielki krzyk. Usnął po dwóch godzinach męczarni, by obudzić się znów z płaczem i gorączką. Noc nie należała też do najlepszych z ciągłymi pobudkami i trudnością dostawienia do piersi. Kawa rano? Tak, poproszę.

Ale dziś na szczęście wszystko wróciło do normy i powrócił mój mały zabawiacz. Za sześć tygodni powtórka z rozrywki! A rozerwać szło się nieźle. Na części. Szczególnie ręce.



Ten tydzień w ogóle był wyjątkowy. I każdy kolejny będzie pewnie bardziej i bardziej, choć będę myśleć, że bardziej się nie da. Okruszek rośnie i co tu dużo mówić. Zaskakuje nas każdego dnia. Pamiętam, jak pierwszy raz się "odezwał". Tak długo właśnie, rozumnie, jak na filmiku, który udostępniłam. Staram się łapać te chwile, opisywać je tutaj, by jak najwięcej zapamiętać. Na razie dni mijają powoli, jeden za drugim, aż w końcu będzie ten upragniony piątek, spakujemy rzeczy do auta (do walizek zacznę chyba tydzień przed!) i ruszymy w drogę. Nie mogę się już doczekać.

W tym całym "dzień za dniem" mylą mi się też całe tygodnie! Zaczęłam "największym wydarzeniem czternastego tygodnia..." i dopiero teraz się skapnęłam, że przecież jesteśmy tydzień później. Piętnaście. Lubię pełne tygodnie. Tak samo, jak uwielbiam wszelakie rocznice. Szkoda, że do naszej ślubnej, aż 10 miesięcy!


Na koniec jeszcze kilka soczystych faktów:

Okruszek:- gada, śmieje się, aż końca nie widać!
- wodzi wzrokiem za osobami, szczególnie za mną i R.
- produkuje jeszcze więcej śliny
- wpycha wszystko do buzi i złości się, kiedy mu się nie udaje
- zaczyna się przewracać z brzuszka na plecy
- mocno trzyma główkę
- interesuje się literaturą
Zapomniałabym! Osiągnęliśmy wyższy poziom w kąpaniu. A dokładniej w czasie zaraz Po. Kuba już nie wydziera się i spokojnie, zagadując, mogę wymasować go oliwką i ubrać. Super sprawa!



A jak Wam mija piątek? W Polsce śnieg? Mam ochotę na śnieg!


Czytaj dalej »

wtorek, 9 grudnia 2014

Kariera dziennikarska, zagranica i zakupowe rozterki - czyli o czym nie miał być ten post

Popijam sobie kawę. Tak, tak! Najprawdziwszą! Z jednej łyżeczki i bardzo mleczną, ale to już jest ten inny smak. Właśnie TEN smak. Przez cały czas się wzbraniałam, bojąc nieprzespanej nocy i nawet teraz mam nadzieję, że Kubulek dobrze zniesie to mamine szaleństwo. Ale wszędzie się natykałam na słowa, że można, tylko słabo i mało, to w końcu się przełamałam. A jak to jest z Wami? Pijecie kawę, czy odstawiłyście ją na długi czas?



Dni lecą w zawrotnym tempie i bardzo się z tego cieszę, bo im szybciej leci tym szybciej będziemy w Polsce. Niestety nasz wyjazd przesunął się na 19. Pierwsze - praca R., ale ważniejsze drugie - szczepienie Okruszka. Bo któż nie patrzy w kalendarz i się nie orientuje, że przecież jak jest szczepienie, to i wyjazd lichy? No ja. Tym gorzej, że praktycznie całe dnie spędzam sama i czasem zwariować idzie. Kiedy już własnie tak wariuję wybywamy na spacer. Przynajmniej dwugodzinny. Najgorzej, że podczas takich spacerów odwiedzam sklepy, a to mniej więcej wygląda tak: rozumna głowa patrzy, rozgląda się i nagle trach! Rozum się żegna, zostaje fascynacja, która to bierze rzecz do ręki, wdycha i jakoś niezauważenie wędruje do kasy. Tam fascynacja kładzie rzecz na ladzie, kasjerka uśmiecha się, kasuje rzecz. Gęba nierozumna odwzajemnia uśmiech, bo jakże. Bierze torbę z rzeczą i wychodzi ze sklepu. Kilka kroków później rozumna głowa znów miga, powraca i zastanawia się, jak wytłumaczy się R. Znajome?

Zastanawiałam się czemu poświęcić ten post, bo głowa pełna, robocze również, ale ostatecznie kiedy kliknęłam mega stara rozpoczętą niezakończoną notkę, zaczęłam pisać o czymś zupełnie innym. Nierozgarnięcie sięga zenitu. Mówiłam już Wam, że pisałam kiedyś dużo? Ha! Dziennikarką miałam zostać. Z komisyjnym angielskim, jednak miałam. W Radiu sobie byłam, mówiłam, pisałam i mówiłam, to co napisałam. A potem wyjechałam do Niemiec zamiast na studia. Tak się oto potoczyła moja kariera :p

I jestem teraz tu. W punkcie, gdzie znów słowa uciekają spod palców. Gdzie idę deptakiem, niebo ciężkie wali się prawie na głowy, pachnie zielonymi igłami i rodzi się post. Co prawda chciałabym być bardziej na wschodzie, jednak zachód również się nadaje. Jestem Tu. W miejscu, gdzie mam R. i Okruszka. W miejscu, którego sobie nigdy nie wyobrażałam. Jako żona i jako matka. Bez pracy do której można wracać, bez bliżej zakreślonej przyszłości. Chłonę chwile. Tak bardzo ulotne. A na cele jeszcze przyjdzie czas. Tymczasem spełniam się w roli najważniejszej, jako mama małego łobuziaka.

Aha. Zagranica mnie rozleniwia.

A o czym miał być ten post? Zaczynał się "taką sytuacją":

Taka sytuacja

Idę sobie dumnie z wózkiem, a z naprzeciwka samotna spacerówka - obok biegnie półtoraroczna (?) dziewczynka z uśmiechem od ucha do ucha. Myśl chwili: za niedługo Jakubko tak będzie... A potem matka owej dziewczynki burzy cały obrazek wciskając jej do buzi smoczka. 

Miałam pisać o tym, że nie rozumiem smoczka, jako "ubrania" dziecka. Jak to się nawet go określa: uspokajacz. Czy tamta dziewczynka wtedy musiała zostać "uspokojona"? Taka oto luźna refleksja, choć miała być ona postem o zaletach, wadach smoczka, o tym, kiedy najlepiej oduczyć (dwa lata), o... o czymś konkretnym. A wyszło, tak jak zwykle. Tak, jak na przykład moje Nowe ciało. Zaczęło się w piątek i w piątek też skończyło. Tak, jak moje sprzątanie, które powinno być codzienne, a przychodzi do tego, że robi się generalnym, bo tak dom zapuszczony. Potrzebuję większego zorganizowania. Ale jak tu znaleźć siłę?

No jak?

Just You Quack me Up!



Czytaj dalej »

sobota, 6 grudnia 2014

sobotnie 'the best photos' - 8

Nie mogłam się zdecydować. I myślę sobie - a co się stanie, jak kilka zdjęć będzie najlepszych? Ano nic. Zatem z mojego niezdecydowania, ale niech oficjalna wersja brzmi: Okruszek jest zbyt fajny, by ująć jego fajność w jedno zdjęcie :D

PS Mam sentyment do "sesji" z niebieską czapką. Patrzyliśmy na Jakubka i nie mogliśmy się mu nadziwić. A ile radości wtedy było z każdego jego uśmiechu i gugania!

Wielka łapka.



Czytaj dalej »

piątek, 5 grudnia 2014

14 TO - bonus!

Jakubko chciałby się z Wami przywitać osobiście ;)


Czytaj dalej »

14 TO - sen, gadanie, a ślina chlup chlup

Ten czternasty tydzień uciekł nawet nie wiem gdzie. Nawet dziś rano włączając laptopa miałam dłuższą chwilę zadumy, jaki dziś dzień tygodnia, a jak mi wyskoczył ekran startowy z dużym "piątek" pomyślałam - oho, przecież dziś Kubie mija czternaście tygodni i trzeba napisać post! Od dwóch dni jestem totalnie zakręcona. Oczywiście nic nie jest bez przyczyny. Oczywiście... Na szczęście jest to mały szczegół w całym tygodniu i tak naprawdę tydzień ten jest przełomowy w życiu naszego synka.


A więc uwaga - bóle brzuszka odeszły w niepamięć i teraz Kuba płacze tylko wtedy, kiedy jest głodny, albo bardzo zmęczony. A kiedy jest zmęczony płacze, że nie może usnąć. W ogóle z tym jego snem mam sporą rozkminę, czy wiele dzieci tak ma, czy to minie, czy da się jakoś temu zaradzić? Ale od początku - Okruszek wyraża chęć odpoczęcia marudzeniem, to już jest rozpoznawane, i wtedy to kładziemy go do wózka, smoczek do buzi, pielucha delikatnie na buźce i poduszka jeszcze obok, by czuł się ciasno, przytulnie i by tą pieluchę też tulił, inaczej chwyta za pieluchę i ją szarpie. Zaczyna się lulanie. Przód tył przód tył. W międzyczasie wyrywanie, wyginanie, kopanie, krzyk, rączki są dosłownie wszędzie. Po pięciu minutach wszystko bach, jak ręką odjął i Kuba śpi. No dobra, po dziesięciu minutach. Czasem po piętnastu. Niestety jednak Kubę trzeba dalej lulać, bo się wybudza. Wygląda tak, jakby się przeciągał, marudkował i potem płacz. To naprawdę uciążliwe wstawać tak do niego co chwilę. Szczególnie jak się pisze post :)

Sumując- problemy brzuszkowe zniknęły, a pojawiły się problemy senne. Zawsze coś. A dlaczego od dwóch dni czuję się, jak ogłuszona. Otóż od dwóch nocy dokładnie mówiąc, Okruszek wybudza się o 2 w nocy, ale nie na jedzenie tylko z płaczem i uspokaja jedynie, jak wstajemy. Tak więc wstaję z nim, idę do salonu, by nie budzić R.  gadamy sobie, nosimy się i usypiamy co wszystko trwa mniej więcej godzinę. Potem wcale lepiej nie jest, bo Kuba wybudza się co chwilę, jak opisałam wcześniej. Było tak wczoraj, myślałam, że to jednorazowe, ale jak dzis w nocy spojrzałam na zegarek miałam ochotę schować głowe pod poduszkę. Co nam przyniesie dzisiejsza noc?


Ale koniec marudzenia! Bo mimo tego wszystkiego, Kubuś też pewnego dnia w tym tygodniu obudził się mądrzejszy, bardziej uśmiechnięty, no i jak on gada! Mamy wiele radości tak się z nim bawiąc. Wcześniej o uśmiech trzeba było trochę żebrać :p a teraz sam się uśmiecha i odwzajemnia uśmiech. Do tego prawi swoje morały, kiedy mu czytam, rozmawia z każdym z nas, rozmawia ze swoimi zabawkami. Jest taki chłopak do kochania, tulenia, całowania! I wtedy własnie wszystko odchodzi na boczny plan. Nawet podkrążone oczy.



Na piedestał wysunęła się też kwestia z zębami. Kuba co prawda ma trzy miesiące, ale ślina mogłaby zasilić jakiś pokaźny akwen wodny, a ręce co chwilę lądują w buzi, jakby mogły, to by z niej nie wychodziły. Może też przez nie Mały jest tak niespokojny? Kiedy będziemy na kontroli w przyszłym tygodniu zapytam lekarki, czy coś może poradzić. Mam nadzieję, że nie osiwieję przez miesiąc :p



A tymczasem najmilszego piątku Wam życzę!
Czytaj dalej »

czwartek, 4 grudnia 2014

Od kuchni - Blok czekoladowy

W Niemczech nie ma mleka w proszku. A przynajmniej ja nie mogłam znaleźć i trzeba było jakoś znosić pojękiwania R. że zjadłby to blok czekoladowy, ale no niestety. Aż pewnego dnia zachodzę do naszego polskiego sklepu, a tam jest! Pyszni się na półce i przyćmiewa wszystkie inne produkty! Od razu za nie chwyciłam, po drodze kupiłam jeszcze margarynę, herbatniki i do domu. Jakaż radość była mojego R.! Lubię robić mu takie niespodzianki. Ale ale. Trzeba było jeszcze zrobić ten blok, a to wcale takie łatwe nie było przy tych wszystkich różnych przepisach w Internecie. Dużo z nich było przy użyciu 500 g mleka, a my mieliśmy paczkę 400 g. Jednak znaleźliśmy taki, który udał się idealnie (dwa dni później R. wypróbował inny, bo nie mógł znaleźć tamtego i niestety to już nie było to).



Składniki:
- 400 g mleka w proszku
- 1,5 szklanki cukru
- 4 płaskie łyżki ciemnego kakao
- pół szklanki mleka
- 200 g margaryny

 Margarynę rozpuszczamy w garnku, dolewamy mleka, potem hop cukier i na koniec kakao, aż do całkowitego rozpuszczenia. Kiedy wszystko ładnie się połączy ściągamy garnek z ognia i miksujemy, dosypując mleko w proszku. Do tak uzyskanej masy dodajemy pokruszone herbatniki i wszystko mieszamy. Tadam! Prawda że proste? Pozostaje nam jedynie wyłożyć gęstą masę do formy (użyłam tej okrągłej, tortowej) i włożyć do lodówki. Blok smakuje najlepiej drugiego dnia, ale po godzince dwóch też się nada, bo przecież trzeba spróbować! Szczerze polecam.



Czytaj dalej »

środa, 3 grudnia 2014

Ulubione i "po co ja to w ogóle kupiłam"

Dziś rano Kasia, mama Laury, "trzepnęła" mnie oczywiscie tak metaforycznie (bo jak inaczej :p) po głowie swoim postem powyprawkowym. Kiedy jeszcze byłam w ciąży czytałam takowe z ciekawością i zastanawiałam się co też mi osobiście się przyda. Tak jak Kasia. I tak samo nie mogłam się doczekać swojego własnego "Po". A tu mijały tygodnie i post utonął w Roboczych smutnie łypiąc okiem. Nie miałam serca go dłużej już przetrzymywać. Zatem oto moje Ulubione, bez których ciężko byłoby mi się obejść i te "po co ja to w ogóle kupiłam".

Ulubione: 

1. Lampka projektor z gwiazdkami firmy Chicco. Co prawda gadżet dostaliśmy w prezencie, ale gdybym wiedziała kupiłabym go osobiście. Kuba od początku lubił przy nim usypiać, światełka go nie rozpraszały, a dźwięk uspokajał. Potem wynalazłam patent na wykorzystanie jej w nocy, zamiast ciągle świecącej się lampki nocnej. Kiedy Kuba się budził klik, lampka świeciła, a gasła kiedy już dawno oboje spaliśmy. Teraz co prawda w użyciu jest lampa "Lawa", ale Chicco swojego czasu było niezastąpione.

2. Ubranka rozpinane na dole. Szybko łatwo, szczególnie w nocy, przez pół zamknięte (otwarte?) oczy. Sama nie wiem po co produkują te odpinane na górze, a te z zapięciem z tyłu, to już w ogóle! Miałam szczęście posiadać także pajaca zapinanego tylko górą. Kiedy chciało się przebrać dziecię trzeba było ściągać całe ubranko. Nigdy nie ubrane.

3. Poducha do karmienia, rogal. Kiedy Kubuś był malutki bardzo pomagała przy karmieniu, bo musiałam mieć coś podłożonego pod ramię. Teraz wykorzystywana jest także, by małego na niej położyć, a w nocy wtulam w nią zaspaną głowę.

4. Biustonosze do karmienia. Mój największy dylemat ciążowy. Kupować, czy nie kupować. R. to w ogóle mówił, że po co, dlaczego, przecież mogę mieć normalny. Yhym. Normalny. Kupiłam jeden na próbę, najzwyklejszy i kiedy raz próbowałam chodzić w zwykłym plułam sobie w... w cycki. Teraz mam trzy, a trzeci kupiłam już ładny, z H&M'u, w którym czuję się też jak kobieta :p Sądzę, że każdej mamie się one przydadzą. One po prostu ułatwiają, już i tak ciężką codzienność.

5. Organizer. Walczyłam o niego u R. Na początku z czystej "muszę to mieć, tak ślicznie to wygląda!", potem pomyślałam o praktyczności :p Zrezygnowaliśmy jednak z takiego typowego na łóżeczko, kiedy udało nam się dorwać coś podobnego w Kiku. Od początku chowam tam pieluchy, które muszę mieć zawsze pod ręką (wyciąganie co chwile spod przewijaka szlifuje cierpliwość). Teraz mamy ten sówkowy i żyrafkowy, który z wielką radością kupiłam za złotówkę i ten jest przy łóżeczku z grzechotkami, książeczkami, pieluchami tetrowymi.

6. Termoforek.  Posiadamy dwa. Jeden na wodę, drugi z pestkami wiśni i oba spełniają swoją rolę. Przynoszą ulgę przy bolącym brzuszku.



Po co ja w ogóle to kupiłam (na szczęście jedynie trzy punkty):

1. Śpiworek. Kuba i może by mi w nim zasnął, ale jakby był super dzieckiem, które to włożone w to cudo natychmiast usypia, a jak nie natychmiast, to przynajmniej po chwili, samo, bez lulania, tulenia i przytrzymywania smoczka. U nas to wyglądało tak: luli luli la, Kuba śpi, no to się go odkłada, przykrywa kocykiem, bo przecież nie będziemy się bawić we wkładanie do śpiworka. Zawsze sobie o nim przypominałam już po fakcie. Swoją drogą, oglądam wczoraj serial (Arrow), a tam małżeństwo odkłada swoją córeczkę do łóżeczka i rozczula nad jej głową, że już powinna usnąć, a dziecko usypia w ciągu minuty, nawet nie. Nie mogłam się nie zaśmiać. Istnieją takie dzieci? O.o

2. Maść na sutki. Pierwsze dni owszem, bolały, jednak nie było z nimi tragedii, krew się nie lała i poradziłam sobie z próbkami Lansinoh, które dostałam w szpitalu. Je też polecam mamom, które nie wyobrażają sobie bez nich karmienia. Największy plus - jest "niezmywalna". Gdybym jednak miała cofnąć się w czasie poczekałabym na zakup po porodzie. Mąż zawsze może polecieć do sklepu i kupić. A tak to cała tubka zalega u mnie w łazience.

3. Śpioszki odpinane jedynie u góry. Wychwalane śpioszki i ja rozumiem, bo są bardzo wygodne, ale kiedy miałam tak przewracać z boku na bok Kubę, żeby podciągnąć je na plecki, a potem zapiąć, (jeszcze miód malina, kiedy były na zatrzaski, ale na guziczki?!), to mnie coś trafiało. Dodaj do tego wyrywającego się noworodka. Teraz, kiedy Kuba ma trzy miesiące jest lepiej, ale nie polecam takich przez pierwszy miesiąc przynajmniej. U nas królowały pajace odpinane na całą długość, a najbardziej bodziaki plus spodnie, czy półśpioszki. Mój namber łan.


Tak oto cała moja lista. Czysto subiektywna oczywiście, ale może przyszłe mamy rozwieją swoje wątpliwości w niektórych sprawach lub się zainspirują :)


Czytaj dalej »