Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W Polsce. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

Wrzesień w kratkę

Jedenasta jest dobrą porą na ciepłą kawę, kulki Nesquika i Eda Sheerana w tle. Wrzesień minął nam na oswajaniu się z przedszkolem, z wirusem, który rzucił wszystkich na kolana i z moim wyjazdem do Wiednia. Przytuliliśmy tęsknotę, powzdychaliśmy na niekończący się deszcz i z ulgą przyjmujemy poniedziałkowe słońce w tym ostatnim tygodniu września. Tak dobrze zaczął się ten dzień, że kolejne muszą być tylko lepsze.

Jakubek chodzi już do przedszkola bez problemu. Z uśmiechem opowiada o paniach, o dzieciach, o tym co robił. Z dumą pokazał nam swojego pokolorowanego misia wiszącego na wystawie. Jak teraz przypomnę sobie ten stres pierwszego tygodnia, to uśmiecham się z pobłażliwością. Jeszcze wrzesień się nie skończył, a opanowaliśmy pobyt tam, jak i pierwszą chorobę. I to z dala od mamy! Tata super dał sobie radę. A teraz sam "umiera" :D już wiesz o co mi chodzi.




Dla mnie i dla Leona miesiąc ten był zagadką podróżną. Jak Leo da sobie radę osiem godzin w autokarze? Jak odnajdzie się w nowym miejscu? Jak będę go usypiać, karmić, zabawiać? Obawy, jak zwykle okazały się bezpodstawne. Wyjechaliśmy o 14:30 i było naprawdę super. Mimo małej ilości miejsca na nogi udało się zapiąć fotelik i spędził w nim całą podróż. Zrobiliśmy sobie przerwę w Krakowie, potem rozprostował nogi na stacji przy granicy i choć miał przed tym drzemkę, którą miałam nadzieję przeciągnąć w sen nocny, tak daliśmy sobie potem radę. Było ciemno, była ukochana "szmatka" do ciumkania i zmęczona ja, która nie ustępowała, tak że dziecię w końcu usnęło. Sytuacja pokazała nam, że Leo jest po prostu dzieckiem cudownym, które potrafi dostosować się do każdych warunków. Które jest ostrożne, ale i ufne. Od razu zakręcił się przy mojej przyjaciółce i jej brzuchu, głaszcząc i wołając "dzidzia". Nauczył się również mówić "ciocia" i choć wciąż mu powtarzałyśmy, że na wujka trzeba wołać "wujo", tak uparcie wołał "mama" lub "tata" :D spędziliśmy fajnie te dni, mimo niepogody i naszej choroby. W sobotę zwiedziliśmy nawet szpital. Na szczęście Leo mimo brzydkiego kaszlu nie potrzebował silniejszych kuracji, niż tych syropowych i w poniedziałek w nocy wróciliśmy do domu. Leon przespał tym razem całą drogę aż do ósmej. Kolejny wyjazd planujemy już w czwórkę gdzieś na wiosnę :)






Następnym razem koniecznie muszę Ci napisać o tym, jak Kuba się zmienia, jak gadać zaczął! Z resztą! Leon to samo. Naśladuje go we wszystkim, gonią się po całym mieszkaniu i odgrywają scenki. Oczywiście w międzyczasie jest też krzyk i bicie, ale co tam. To chyba będzie się za nami ciągnąć non stop. Ważne, że już teraz, tak szybko po prostu starają się jakoś dogadać. I że Kuba widzi, że z Leonem można już coś wspólnie stworzyć.

A jak Tobie minął ten poniedziałek? Opowiedz koniecznie!

Czytaj dalej »

piątek, 30 czerwca 2017

Rodzeństwo - miesiąc czternasty i trzydziesty czwarty

Kiedy dzieci śpią już o 20, a mąż koczuje w namiocie na rybach, by przywieźć sobotni obiad, wiedz, że napisze się Post. Ciasto czereśniowe jest? Kubuś? Jason Mraz i jego Love is a four letter world? No to zaczynamy!

Dziś mogłam bardzo dobrze zaobserwować te nasze dwa brzdące w ich relacji Starszy Brat - Młodszy Brat. Pożegnaliśmy tatę i schowaliśmy się w zaciszu domowym. Wysypaliśmy klocki i razem z Kubą budowaliśmy dom dla jego autek. Leon chadzał swoimi ścieżkami. Szukał co by tu przegryźć i napić się. Wspinał na łóżko, schodził z niego, buszował w zabawkach, którymi jednak szybko się nudził.

Czasem chłopcy naprawdę potrafią bawić się razem. Tyle tylko, że Młodszy jest jeszcze na etapie fascynacji wszystkim dookoła, wszystkim po trochu i więcej frajdy sprawia mu burzenie, niż budowanie. Jakże inaczej niż naszemu małemu kombinatorowi. Więc ostatecznie wspólna zabawa kończy się krzykiem, gryzieniem, klepaniem Leona po pupie i ogólnym niuniu niuniu. Nasz niebieskooki staje się mimo wszystko coraz szybciej i szybciej małym chłopcem, coraz bardziej ogarniętym, więc wierzę, że już najgorsze za nami i teraz może być już tylko lepiej.


Jakub

Tak się zmienił ten nasz chłopiec w ostatnich miesiącach. Z mówieniem jest nie do poznania. Kiedy pomyślę o naszych zmartwieniach z tym związanych chce mi się z nich śmiać. Chłonie wszystko dookoła, powtarza. Stara się mówić, to o co go prosimy. Uwielbia słowa na M. Mucha, mochro (mokro), mrófka, miś, mycha, to tylko niektóre z jego ulubionych. Powie już pies, wąż, słoń, gdzie wcześniej zastępowały te słowa odpowiednie odgłosy. Tworzy zdania i czuje się taki ważny! Kiedy Leon robi coś nie tak podbiega i pokazuje mu, jak coś trzeba zrobić. Często obserwuje go z boku i uśmiecha się, ciesząc z jego osiągnięć

Ogólnie młodszy brat jest spoko, ale są momenty, kiedy jest tylko "moje, moje" i nie podzieli się za żadne skarby. A przepraszam! Jakie moje! Od jakiegoś czasu jest "Buba". Co prawda nadal mówi "kom" (chodź) i auch (też), ale polski znacznie przeważa i kiedy zrozumie, że "dzidzia" go nie rozumie woła jednak "choś tu".


Odkąd Leon lepiej chodzi/biega są też wspólne gonitwy po ogrodzie i wokół stołu. Kuba niekiedy specjalnie zabiera mu kocyk, żeby się podrażnić i razem pośmiać. Zawsze, gdy coś mu kupujemy pyta o Leona, a gdy sam wykłada pieniądze ze swojego portfela, to lizak dla niego kosztuje 5 groszy, a dla braciszka 20. Jest przekochany z tą troską. Z tym przytulaniem, głaskaniem i całowaniem. Z porankami, gdy zrzuca mnie z łóżka, bo Leon już wstał i trzeba go wyjąć z łóżeczka. Tej miłości jest tyle, że mimo wszystko znacznie góruje nad przepychankami, krzykami i ich pierwszymi małymi kłótniami.


Leon

Od zawsze był bardzo spokojny. I nadal jest. Noce z nim, to igraszka, spacery sama przyjemność. Jednak, jak coś mu się nie spodoba, potrafi dać o tym znać dalekim sąsiadom. Jest ryk (pamiętam, jak nadużywałam tego słowa przy małym Kubie :D), siadanie na podłodze, skłon i grochowe łzy. Rozżala nam się ten Młodszy niemożliwie! I wszystko cichnie, kiedy jest wzięty na ręce! Przytulenie jest dobre na każde zło. Uwielbia się przytulać. Podbiega, wyciąga ręce i daje buziaki. Widzę, jak dużo uczy się od Kuby. Jak chciałby robić wiele rzeczy, które on już może. Jak cieszy się na jego widok. I wtedy, kiedy może się z nim pobawić. Jak lubi zaglądać do każdego kąta. Na ogrodzie biega, kosi trawę i targa psa. Czuje się tu wspaniale. Z dziećmi i z rodziną. 




W ostatnich dniach osłabły nam też karmienia piersią. W dzień zachowuje się tak, jakby nie miał na nie czasu. Czasem złapie, by potem po sekundzie wypluć. W środę pierwszy raz od baardzo dawna czułam ból od nagromadzenia pokarmu. Mam nadzieję, że to delikatny początek zakończenia karmienia. Oboje już dostatecznie się nim nacieszyliśmy i wiem, że Leon dostał to, co najlepsze. Teraz czas na uniezależnienie się. I moją swobodę :)


Kolejna relacja Starszy Brat - Młodszy Brat już pewnie we wrześniu. Leon zmienia nam się każdego miesiąca, z kolei Jakub już za dwa miesiące stanie się wesołym (oby!) przedszkolakiem. Przedszkolnie nam się tu zrobi, jak nic! Nie martw się! Do tego czasu nie zamilknę, na pewno będę się odzywać częściej niż dotychczas ;)

Dobrego wieczoru Tobie!


Czytaj dalej »

wtorek, 27 czerwca 2017

Echo - czyli dlaczego dawno mnie nie widziałaś/eś.

Czasem milknę tutaj dla zregenerowania sił. By odetchnąć, spojrzeć z boku. By zatęsknić. By usłyszeć dlaczego cię tu nie ma? wróć.

Tym razem jednak doszedł również inny powód tej ciszy tutaj. Okruszkowe wchody bowiem przestały być niemieckie, a stały się w pełni polskie. Słowem, oddechem, byciem. Cały maj spędziliśmy na pakowaniu i przeprowadzce. A początkiem czerwca odbył się remont naszego małego kąta. Nie wynajmujemy. Nic nie kupiliśmy. Skorzystaliśmy z pustych pokoi w moim rodzinnym domu, gdzie od jakiegoś czasu mieszka tylko moja mama. Jest pięknie. Jest po naszemu.

Kuba od razu wsiąkł w ten dom. W ogród. W psa. Chce przekopywać grządki, podlewać kwiaty, ganiać po trawie i ją kosić. Leonek potrzebował trochę więcej czasu, pierwsze dwa tygodnie był na mnie uwieszony i uciekał z płaczem od każdego napotkanego czworonoga, ale teraz znów jest bardzo dobrze. Są dziadkowie, są ciocie, wujkowie. Są dzieci! Kuzynowie i nowi przyjaciele, choć z dziewczynkami jakoś łatwiej nawiązuje kontakt :) mamy za sobą dzień otwarty w przedszkolu, do którego się dostał i coraz więcej polskich słów. Nasz trzylatek powtarza wszytko co usłyszy. Słowo "kom" powoli zastępuje "choś tu". "Draj" stało się "tszy". Jest taki kochany w tym mówieniu i tworzeniu zdań! Tak bardzo na to czekaliśmy i nie możemy się wciąż tym nacieszyć.

Leo z kolei przytula, całuje, posyła buziaki, pokazuje, że czegoś nie ma, lub żeby coś mu dać. Naśladuje wiele dźwięków. Również biega po ogrodzie i tarmosi psa. Na spacerach albo jeździ w wózku, albo chodzi. Już nie da się go utrzymać na rękach. Musi biec! I to swoimi ścieżkami.

Wciąż jesteśmy w niewielkim zawieszeniu. Małymi krokami przestawiamy się na polskie. I tak naprawdę dopiero w sierpniu ogarniemy się do końca, bo przed nami cały miesiąc wydarzeń w tym wyjazd nad Solinę większą grupą i ślub mojego kuzyna.

Jeżeli nadal tu jesteś, to daj mi znać. Wystarczy jedno słowo "cześć". Wrócę do Ciebie pomału. Tak, jak odnajdujemy się tutaj.

Mam nadzieję, że się szybko 'zobaczymy'.





Czytaj dalej »

czwartek, 29 października 2015

Jakubek - 14 miesiąc życia.

Kolejny dwudziesty dziewiąty dzień miesiąca! 

Już czternasty tak ważny. Jego większość spędziliśmy z Jakubkiem w Polsce. I mimo tęsknoty bardzo cieszyłam się tym czasem, szczególnie, że kolejny raz w kraju pojawimy się pewnie dopiero w maju. Pewnie, bo kwietniowy poród i te sprawy ;p

Jakubek rozwija się z każdym dniem. Już sam jego wygląd, mimika mówią za siebie. To już taki mały chłopczyk! Chłopczyk, który ma swój charakterek. Potrafi śmiać się do łez, rozbroić jednym uśmiechem i świetnie zdawać sobie z tego sprawę, ale też tupnąć i pokazać swoją złość. Z tą złością zaczynamy powoli walczyć, bo czasem przybiera naprawdę pokaźne rozmiary, widoczne w rzucaniu się, spazmach, kładzeniu na ziemi i krzyku. Nie sądziłam, że takie małe dziecko może się tak buntować.

A minę mieć tak niewinną :)
Po powrocie dopadło nas też przeziębienie. R. zaraża skutecznie ;p Najpierw leżał on, potem w ostatnią niedzielę Kuba obudził się z pokaźnym katarem, a we wtorek odleciałam ja. Na szczęście bezgorączkowo, ale co to jest za koszmar. Serio, nie wiem kiedy ostatnio chorowałam. Pamiętam jedynie kaszel w ciąży z Kubą. Ciąża obniża moją odporność, a mogę się leczyć jedynie domowymi sposobami. Szczęście, że istnieją chociaż naturalne tabletki na gardło! Dziś jest znacznie lepiej, a Okruszek dalej z katarem, który powoli zaczynam przypisywać jednak zębom, dokładniej trójkom.
Dziąsła są nieźle zmasakrowane, a Jakubek w nocy płaczliwy i bardzo się kręci. Choć tej nocy było inaczej, lepiej. Zdarzyła się nawet sytuacja, która do teraz wywołuje mój uśmiech!

Ogólnie Jakub śpi więcej w swoim łóżeczku niż z nami. Zabieram go tylko wtedy, kiedy się przebudzi i nie da się go uspokoić. Najczęściej kończy się piersią. Potem Jakub się odrywa i śpi dalej. Niekiedy jego spanie jest jednym wielkim turlaniem się pomiędzy mną, a R. I tak tej nocy musiałam jakoś nie zakodować, że potem się wybudził i przeniosłam go do łóżeczka, bo nagle czuję dużo większą głowę niż jego koło swojej szyi i obejmuje mnie dużo większa ręka. Obudziłam się natychmiast, odwróciłam i zaczęłam szukać między mną, a R., a nawet pod nim ;p naszego brzdąca. Okazało się, że słodko sobie śpi w łóżeczku. Tej nocy w ogóle wyjątkowo dobrze spał. Oby było już tylko lepiej.


W Polsce Jakub pokazał swoją wrażliwość w stosunku do bliskich mu osób i do zwierząt. Naszego domowego Nera, to myślałam, że zagłaska i zacałuje na śmierć. A mama bała się, że z tego jego dokarmiania psiak w końcu pęknie. Sami zobaczcie!



Po przyjeździe natomiast Okruszek wpadł w szał zabawy. Teraz autko i rowerek przestało być tylko grającą maszyną, ale można było się wozić po całym mieszkaniu! Ale nie samemu, o nie. R. swoje przeżył, ciągle w ruchu :) Kuba jest nieustępliwy. Podchodzi, bierze za rękę i ciągnie za sobą, tak silnie i tak długo, aż w końcu mu się ulegnie. Nie pytajcie mnie, jakim cudem rowerek nie zawalił się pod R. Firmę mogę w tym temacie polecić z całego serca ;p


Na uwagę zasługuje też nieodłączny rekwizyt w postaci "kasku". Dotychczas Jakub nie lubił, jak mu się coś wkładało na główkę, a teraz ciągle chodzi z tym wiaderkiem i rozczula nas do cna.



Ten miesiąc to także piękna jesień. Taka słoneczna i pachnąca liśćmi, moja ulubiona. 






 Na koniec zdjęcie bonusowe. Nasza trójka... eee czwórka?


Mam nadzieję, że listopad będzie równie pozytywnym miesiącem. Może nawet uda się przespać choć jedną noc w całości? (ochhh dajcie chociaż pomarzyć!)

Miłego czwartku!


Czytaj dalej »

piątek, 23 października 2015

Cisza na Blogu - cisza w nas.

Będąc w Polsce wyciszyłam się. Takie czekanie, nieświadomość terminu ponownego zobaczenia się z R. było mocno dobijające, trochę męczące. Miałam takie plany na pisanie Postów, a życie wszystko zweryfikowało. Okazało się, że miałam mniej na to czasu. Zawsze coś było do zrobienia, Kuba często trafiał swoją drzemką w spacery, a jak w końcu udało mi się spokojnie usiąść, to opuszczały mnie chęci. Pogoda również zrobiła swoje, ciągły deszcz wyciszał podwójnie.

Jesteśmy już jednak w domu. I jak zawsze ciężko było mi wracać, tak teraz wracałam z utęsknieniem. Dom tam, gdzie Twoi bliscy. Gdy jesteśmy z R. razem w Polsce trudniej nam wyjeżdżać. Co tu dużo mówić, naszym miejscem jest Polska. Jednak dom tymczasowo mamy tutaj, w Niemczech. I cieszę się nim ogromnie, tą swoistością. Szkoda jedynie, że nie mamy go w innym miejscu na ziemi.

Niemniej wróciliśmy, wyściskaliśmy i ukochalismy R.. Wysłuchaliśmy, że już nigdy więcej nas samych nie puści i od dziś ruszyliśmy z naszą codziennością. Poranne wylegiwanie się na kanapie, oglądanie bajek, robienie kawy, szykowanie śniadania i wspólne spożywanie go wśród ogólnego rozgardiaszu. Jakubek po przyjeździe wyciągnął z namiotu wszystkie swoje zabawki i z każdą z nich musiał się "przywitać". Okazało się wtedy, że załapał, jak się odpychać na autku i zabawy było jeszcze więcej!

W międzyczasie urósł mi brzuch i w czternastym tygodniu wyglądam tam, jak w dwudziestym w ciąży z Jakubkiem. Serio. A mimo to waga leci mi w dół i sama już nie wiem, czy to wynik pierwszego trymestru, gdzie jadłam jak ptaszek, czy... sama nie wiem? Za tydzień mamy kontrolę u mojego ginekologa i wszystko się okaże. Może okaże się też nawet, czy w brzuszku kryje się chłopczyk, czy dziewczynka? Obstawiamy? :D R. zarzeka się, że trzeba będzie kupić kilka spódniczek i w sumie wszyscy to potwierdzają. W koło słyszę tylko "parka", "wnuczka", "małe warkoczyki", a ja czuję, że jak na złość tym wszystkim pojawią się małe jajeczka ;p złość, nie złość. Bardzo będę cieszyć się z chłopczyka. Myśląc o tym wyobrażam sobie Jakubka i jego młodszego braciszka. Wszystko się okaże. Najważniejsze, że jak na razie czuję się świetnie, a z ostatnich badań wynika, że maluszek również. Choć nie powiem zżera mnie już ciekawość. Jest całkiem inaczej, kiedy do brzucha można już mówić po imieniu :)


W najbliższych dniach będę się starał nadrobić zalegające w Roboczych Posty, jednak następnego możecie się spodziewać dopiero po weekendzie. W końcu R. ma wolne, pogoda szykuje się bezchmurna, więc nie ma innej opcji, trzeba z tego skorzystać. Poniżej kilka naszych zdjęć jeszcze z Polski. Dość trudno było mi je przebrać, bo najwięcej z nich przedstawia Okruszka i Nera, psa mamy, którzy byli kamratami nie do rozłączenia w ostatnich tygodniach! Aż żal mi i chciałabym psiaka, ale to na pewno może poczekać :p






Czytaj dalej »

czwartek, 8 października 2015

Podróż z niemowlakiem autokarem - bać się, czy się nie bać?

Po ponad tygodniu jesteśmy z powrotem! Jeśli jesteście ciekawi, jak przygotować się na podróż z roczniakiem autokarem i jak przetrwać te dwadzieścia godzin, to zróbcie kawę, rozsiądźcie się i na koniec nie zapomnijcie napisać w komentarzu: "podziwiam" :D.

Już sama myśl o tym, jak to będzie mnie przerażała. Bałam się nieprzychylności innych pasażerów, bałam się usypiania Jakubka. Zgodnie z najnowszą ustawą nie miałam obowiązku brać fotelika i jak z dużo mniejszym dzieckiem nawet bym się nie zastanawiała i wzięła ten 0-13kg, tak z Kubą nie było opcji taszczyć ze sobą naszego ogromnego Osanna. Ja, ogromna walizka, spacerówka, torba podręczna Kuby, moja torebka, jeden duży koc, kocyk Kuby, przytulanka, woda, poduszka... o! Kuba! Co prawda spacerówka i walizka schowały się w luku bagażowym, ale reszta wciąż nam towarzyszyła. Najgorzej było w Gliwicach na przesiadce, ale o tym zabawnym incydencie będzie dalej.

Niedziela nadeszła zdecydowanie za szybko. Mój żołądek od rana broił i było mi słabo i niedobrze na przemian. Istny koszmar. Uspokoiłam się dopiero, jak wsiedliśmy do autokaru o 17:30. Przy pożegnaniu z R. były oczywiście powstrzymywane łzy, niczego nieświadomy Jakubek i moja głowa pełna dwutygodniowej tęsknoty na zapas. To taka nasza pierwsza rozłąka odkąd urodził się Kuba.

Ale już nie rozpaczając i skracając!

Było super. Tak super, jak tylko może być z ruchliwym trzynastomiesięcznym chłopcem :) Jakub zawojował wszystkie serca, uśmiechał się do każdego, gadał, skakał, a jak tylko przyszła jego wieczorna drzemka, wiecie jak mnie zaskoczył? Usnął na siedząco. W milczeniu. Dałam mu bułkę z szynką na kolację i tak jadł, oglądając bajkę, jadł... aż w końcu oczy mu się zamknęły, a końcówka bułki wypadła z rączki. Rozczulił mnie doszczętnie. Położyłam go na poduszce od strony okna, nóżki ułożyłam na swoich nogach i tak spędziliśmy kolejne dwie godziny. Zjadł pierś i spał dalej. Cyrk się zaczął o 22, kiedy to rozwrzeszczał się niemożliwie i nic nie pomogło! Ani propozycja karmienia, ani bujanie na rękach. Z odsieczą przyszła nasza pilotka z szczekającym pieskiem maskotką. Kuba zamarł, wpatrzony w zwierzaka, wziął go ostrożnie i co się okazało? Że on wcale już nie chce spać. Kolejną godzinę oglądaliśmy puszczony w autokarze film, a potem uśpiłam go w swoich ramionach. Tak na dobrą sprawę płakał jedynie, kiedy budził się na jedzenie, częściej niż zazwyczaj, ale przypisuję to podróży i potrzebie bliskości.

O trzeciej rano byliśmy już na granicy, gdzie Jakubek obudził się bez płaczu i całe szczęście, bo mieliśmy prawie godzinny postój. Wysiedliśmy, skorzystaliśmy z toalety - to ona jest największym wyzwaniem podróży :p, pospacerowaliśmy i po czwartej Okruszek położył się na poduszce i usnął sam przy bajce. "Traktor Tom" lekiem na wszystko. Serio. Jeśli planujecie podobną podróż z dzieckiem uzbrójcie swój telefon w różne bajki, piosenki i aplikacje, które uratują Was w kryzysowych sytuacjach. Reszta podróży minęła spokojnie. Jakubek grzecznie jadł, bawił się, "rozmawiał" przez telefon i cieszył przeogromnie, kiedy z przodu autokaru dobiegały odpowiedzi pilotki.



Obsługa była świetna, a ja jakbym mogła wybierać, że mam jechać autokarem dwupiętrowym, czy zwykłym rękami i nogami trzymałabym się opcji pierwszej. Miejsce na dole przy stole. Choć nie powiem, z Gliwic jechaliśmy już tym normalnym i też było okey.

Gliwice! Trochę mnie przeraziły tym, że musiałam zebrać nasz majdan i przejść kilka metrów do innego autokaru. Ale na szczęście w jednej ręce zmieściłam dwie torebki, dwa koce, poduszkę i wodę, a w drugiej rączkę małego podróżnika. Gorzej już było z tym, że w normalnych autokarach, aby się do niego dostać trzeba wejść po schodkach. Zaparłam się jednak, przytrzymałam pod prawą pachą cały ekwipunek, a pod drugą wcisnęłam Jakubka. Jeden schodek, drugi... trzeci... Jest! Nasze miejsca! Zostawiłam cały bajzel na fotelu i poszliśmy rozprostować nogi. Po piętnastu minutach jechaliśmy dalej i gdybym nie uśpiła Jakubka na siłę broiłby dalej skacząc od naszych oparć i zaczepiając małżeństwo z tyłu do oparć przed nami żebrząc o czekoladki. Ale w końcu usnął. W końcu od niepamiętnych czasów znów czytałam książkę ;) I było tak, jak przewidziałam. Wjeżdżając do Tarnowa spał dalej. Na śpiąco ubrałam mu buty i wybudziłam już na dworcu zakładając bluzę i bezrękawnik. Dzięki ślę panu siedzącemu za mną, że pomógł mi wynieść torby i już o nic się nie martwiłam tylko ściskałam siostrę i mamę. Co więcej! Jakubek również ściskał. Bez skrępowania pobiegł do mojej najmłodszej siostry, kiedy odbierałam bagaże i wlazł jej na ręce. Rozdziawiłam buzię. Dosłownie i w przenośni. Bałam się, że tak jak ostatnio będzie musiał przejść ten okres "przyzwyczajenia się". Na szczęście od poniedziałku jest tak zajęty nowym towarzystwem i nowym otoczeniem, że czasem nawet o mnie zapomina ;p wtedy mogę trochę odpocząć i to właśnie robię. Szczególnie rano. Przy kawie. W łóżku!



Tak oto kończy się opowieść o naszej podróży. Jak zwykle panikowałam więcej niż to było warte. Jakub to urodzony podróżnik i teraz powrotu boję już znacznie mniej :)

Czytaj dalej »

czwartek, 6 sierpnia 2015

49 TO - w Niemczech o Polsce jeszcze.

Na wstępie - dojechaliśmy!

Nie obyło się oczywiście bez momentów przyprawiających o szybsze bicie serca, jak zapomnienie torebki z wszystkimi dokumentami i pieniędzmi, wrzaski Kuby aż pod sam sufit busa, czy mój wzrok utkwiony w drogę i kilka niebezpiecznych akcji na niej się pojawiających. Jednak jesteśmy już w Niemczech. Od wczoraj od około czwartej rano. Śpiąc podczas drogi ledwie godzinkę, dwie obawiałam się pobudki o szóstej, ale Jakubek chyba też był wymęczony, bo obudził nas o ósmej. I tak... próbujemy dojść do ładu. Przestawić się. R. od dziś w pracy, więc nie dość, że muszę się zaprogramować znów na niemieckość, to jeszcze na hm samotność. Ja i Okruszek. Team nie do przebicia :)

W Drodze. Przerwa na Hot Doga, wyrwanego siłą tacie.

Zdrowotnie.

Jakubek już na drugi dzień po wizycie na Całodobówce widocznie czuł się lepiej, a i my byliśmy spokojni, bo na szczęście udało nam się uniknąć szpitala. Niemniej jednak dwa dni spędziliśmy w domu, przy lekach i w chłodzie. Dziś, tydzień po, sama nie wiem czy nie wybrać się jednak znów do lekarza, bo Okruszkowi nadal nie unormowały się sprawy pieluchowe i teraz nie wiem, czy to ciągnie się biedny żołądek, zęby, czy po prostu wynik diety i wstrzymania stałych pokarmów. Ktoś się może orientuje?                                                                            

Poza tym ma się całkiem dobrze, broi jak tylko może, wszystkiego musi dotknąć, wszystko spróbować. Najgorzej, że na jego liście pojawia się trawa, ziemia, kwiatki, różnego rodzaju inne paprochy. I tak latam za nim z mokrą chusteczką, czyszczę rączki, a i tak wszystko na nic. Zawsze znajdzie sposób, by ukradkiem przemycić coś między paluszkami!

Dreptanie.

Czasem czuję, jakby miał zdreptać mnie. Niekiedy to robi, mówiąc dokładniej o cierpliwości. Na szczęście częściej jednak chodzi po ziemi, zaczynając odkrywać, że nie jesteśmy mu potrzebni, by się oddalić i badać świat. Więc chodzi. I bada go do woli. Na spacery jednak trzyma się grzecznie ręki, wiedząc, że nie każde podłoże jest miękkie przy lądowaniu na pupę. Co tam pupa! Najgorsze kolanka. Oficjalnie zaliczyliśmy już obdarcie, które w sumie wyszło przy dokładniejszych oględzinach i dużo później. Okruszek to twarda sztuka.


Sztuka, która mimo wszystko lubi wozić się w wózku i podczas pobytu w Polsce już nie wyrywała się tak do wychodzenia, tylko grzecznie sobie jechała i obserwowała świat. Nie powiem, odetchnęłam. To taki nasz mały sukces.



Ostatnie dni w Polsce spędziliśmy leniwie, na okolicznych placach zabaw, rodzinnie, głaszcząc żołądki pizzą na mieście i nie odczuwając nawet tak braku krzesełka do karmienia. Czy tylko mi dziecko rośnie w oczach? Z dnia na dzień?




Teraz jednak wracamy do rzeczywistości, która wygląda tak: R. w pracy, Jakubko śpi, a ja zamiast ogarniać piszę Posta :D biorę się do roboty, a Wam życzę miłego dnia! 
Czytaj dalej »

piątek, 31 lipca 2015

48 TO - miesiąc jedenasty!

No cześć!



W środę Jakubko skończył pełne jedenaście miesięcy. Jeszcze miesiąc i już będziemy mogli jego wiek liczyć w latach... Rok, półtorej, dwa latka. Podobno po roku czas pędzi jeszcze szybciej. I tak sobie myślę... Jeszcze szybciej naprawdę się da?

Raz dwaaaa trzy!

Miałam czekać do końca i wystrzelić tą wiadomością, jak z armaty, ale tak mi ona wszystko przysłania ostatnio, że kompletnie nie wiem co mogłabym napisać, poza tym, że... Jakubko chodzi. Nasz mały Okruszek chodzi. Drepta. Czasem biega. Co tu dużo mówić, trzeba zobaczyć!



Oficjalną datą jego dreptania jest 27 lipca 2015 r. Wtedy po prostu zaczął się puszczać od jednej osoby do drugiej i ku naszemu zdziwieniu świetnie sobie radził, a następnego dnia to już w ogóle chodził tak, jakby robił to od dawna. My pękamy oczywiście z dumy, ale też coraz częściej łapiemy się za głowę. Wczoraj na przykład Kuba grzecznie bawił się koło fotela, podczas mojego pisania i nagle zrobiło się jakoś tak za cicho. Kiedy spojrzałam już go nie było. Jak szalona przebiegłam przez pokój, wyskoczyłam na hol, a ten kroczek za kroczkiem już wchodził do łazienki. To były sekundy. I nadal nie wiem, jak wstał, obkręcił się (ma jeszcze z tym problemy) i tak cicho i szybko przemierzył taką odległość. Rzeczywiście trzeba teraz mieć oczy dookoła głowy. Ale cieszę się. Naprawdę. Czekałam na ten moment. Teraz tylko zostaje nam jeszcze większe uważanie i kibicowanie mu w szlifowaniu tej umiejętności.



Tydzień pełen wrażeń.

W tym tygodniu tyle się działo, że nie wiem nawet od czego zacząć. Bywaliśmy na basenach, grillowaliśmy, odwiedzaliśmy liczne ciocie, kuzynów Jakubka, byczyliśmy się w parku, na kocyku. Czasem wychodziliśmy z domu rano, by wrócić na wieczorną kąpiel. Te dni były tak pełne i tak piękne, że nie wiem, jak uda mi się na nowo odnaleźć w niemieckich dniach praktycznie sam na sam. Ale o tym nie dziś! W ogóle, jak to chyba jest już tradycją nie wracamy dziś, a we wtorek, czwartego sierpnia. Powodem są formalności związane z nowym pojazdem R., ale po wczorajszej przygodzie na całodobówce i tak byśmy dzisiaj nie wyjechali. O tym za chwilę. Teraz porcja zdjęć z minionego tygodnia.


Ciocia Paulina
Ciocia Klaudia

Basen taki dobry w kąpielówkach takich oryginalnych


Jedenasty miesiąc.

Miesiąc jedenasty kończymy w ubrankach w rozmiarze 80 - 86. Z dziesięcioma zębami i wyżynającymi się kolejnymi dwoma, jak nie czterema, z nocami pełnymi krzyku, kręcenia się, wiercenia i budzenia w środku nocy z oczami, jak pięć złotych. Od wczoraj myśleliśmy, że ząbkowanie przyniosło również dni pełne płaczu, noszenia i odparzenia wywołanego wolnymi kupkami, ale wieczorna gorączka i nasilające się zmienianie pieluchy co godzinę wysłało nas do lekarza. Wróciliśmy o 22 z grypą jelitową, lekarstwami i zaleceniem nawadniania, co było dosyć ciężkie przy zbliżającej się nocy i z niewspółpracującym Jakubkiem. Ale gdybyśmy się nie uparli wylądowalibyśmy w szpitalu na nawadnianiu, więc woda szła w ruch non stop. Dziś jest dużo lepiej. To co najgorsze chyba już minęło. I niech nie wraca!

Ale wracając już do tych przyjemniejszych spraw, to miesiąc jedenasty to także raczkowanie pełną gębą, chodzenie i pierwsze próby jedzenia łyżeczką i widelcem. To robienie "papa", "halo, halo", bicie "brawo", ogólnie większa komunikacja z nami i innymi, nawet nieznajomymi osobami. Okruszek czaruje i to nie tylko my łapiemy się na ten uśmiech :)


Pierwsze samodzielne lody

Zmykam teraz usypiać małego chorowitka, a Wam życzę przyjemnego weekendu. A jeśli u Was również jest tak chmurno i zimno, jak u nas dzisiaj, to niech słońce szybko wyjdzie!


Czytaj dalej »

piątek, 24 lipca 2015

47 TO - momenty.

Każdy dzień

Każdy dzień jest inny. Każdy dzień ma swoje nowe uśmiechy, radości, umiejętności. Inne spojrzenia, przytulenia. Ostatnie siedem dni minęło nam dużo spokojniej, z racji tego, że Jakubek przyzwyczaił się do babci i cioć, więc mogliśmy trochę odsapnąć. Choć w tych upałach i tak o to ciężko. Upały są nie do zniesienia... no, chyba że ma się basen!


Szukałam zdjęć w basenie, ale przepadły. Trzeba będzie nadrobić. Mam za to urocze zdjęcia Jakubka i jego kuzyna Marcela, kończącego teraz pół roczku. W przyszłości będą oboje nieźle broić.


I R. przymierzający się do dwójki maluchów :D


Ogród, wylegiwanie się na kocu w cieniu, moczenie dla ochłody w basenie i ciche wieczory na tarasie, to coś do czego ciągle tęsknię. Teraz mamy to w zasięgu ręki i jak pomyślę o wyjeździe, to robi się smutniej. Ale ale! postanowiłam kompletnie o tym zapomnieć i po prostu cieszyć się nadchodzącymi dniami. O tamtym pomyślimy za tydzień. W sumie wtedy, kiedy Okruszek będzie kończył jedenaście miesięcy. Pewnie nie myślicie o tym, jak ja, na pełnym wydechu, ale mimo to... robi wrażenie, prawda? ;) O pełnym podsumowaniu jednak za tydzień, dziś o naszych ostatnich momentach.

Nasz dzień.

Jakubek budzi się koło szóstej, choć ostatnio, kiedy musiałam wstać na termin o szóstej, spało mu się najlepiej i jak wychodziłam o siódmej przewracał się dopiero na drugi bok. Taka sprawiedliwość! Rano przymusowo odbywa się obchód domu, a kiedy w pobliżu pojawi się nasz pies Nero jest najwięcej radości. Z początku dotykał go jedynie paluszkiem, sprawdzając na ile może sobie pozwolić, a teraz klepaniom i przytulaniu nie ma końca. Tak. Okruszek przytula. Psa. Chwyta go za sierść i przytula policzek do jego boku, uroczo przy tym mrucząc lub piszcząc. Za każdym razem mnie to rozczula. Przytula się również do cioć, do babci, całuje, chodzi z nią z rana po maliny do ogrodu i dosłownie je z jej ręki. Jedzenie owoców mu się podoba, gorzej z obiadami, choć to przypisuję upałom i idącym zębom. Noce znów stały się koszmarem, a urażone dziąsła kończą się płaczem. Pytanie za sto punktów - kiedy prześpię ciągiem chociaż cztery godziny? Co ciekawe rano budzę się całkiem do życia, a po kawie to już w ogóle, góry mogę przenosić! Tajemna moc macierzyństwa?



Umiejętności.

Ostatnio za sprawą Kasi, której Ola skończyła pięć miesięcy zerknęłam na nasz wpis z tego okresu. Umiejętności Jakubka wtedy i teraz dzieli ogroomna przepaść. Przecież pół roku temu ledwie siedział, a teraz już stawia pierwsze kroki. Czy to zaskoczenie nim, tym co robi i jak się zachowuje kiedyś minie? Nie wiem. Jedno jest pewne. Dłuższy czas będę patrzeć z zachwytem, jak wrzuca klocki do sortera, przymierza, obserwuje kształt i wprowadza poprawki. Jak z pomocą podchodzi do zabawki, kuca i paluszkiem dziubie okruszki rozsypane obok. Jak zabawnie odrzuca piłkę, machając rękami na wszystkie strony, jakby się od niej odganiał. Obserwowanie go chyba się nie znudzi.



Spacery.

Poza tym, wrzuciliśmy na luz i jakiekolwiek wyjścia z Okruszkiem są pestką. Wcześniej wyjeżdżając wózkiem myślałam tylko o tym, kiedy zacznie się marudzenie i próba wyjścia na zewnątrz. Teraz marudzenie przetrzymujemy biszkoptem, kawałkiem bułki, zabawką, a kiedy już naprawdę mu się nudzi, zalicza krótki spacer na nóżkach, trochę go nosimy, pokazujemy otoczenie i kolejne włożenie do wózka przyjmuje nawet z wdzięcznością, że może odpocząć. Śmiesznie, że musiało minąć tyle miesięcy, by człowiek w końcu wyluzował się we wszystkich sprawach. Pożyczyliśmy również rowerek na krótsze wypady na miasto, który się sprawdza świetnie. W Niemczech się nad nim zastanawialiśmy, teraz wiem, że nie potrzebnie, trzeba było brać!



 Zaliczyliśmy również pierwszą kawę z Okruszkiem. Było sporo zamieszania i latania za okolicznymi gołębiami, ale warto było się na to otworzyć.




To nasze momenty. A jaki moment z poprzedniego tygodnia Wam zapadł szczególnie w pamięć?
Czytaj dalej »