piątek, 1 sierpnia 2014

Bo czasem doświadczamy cudu

Sierpień. Aż trudno uwierzyć, że już ósmy miesiąc roku. Roku piękniejszego niż wszystkie poprzednie. Lub po prostu innego. W końcu jedynie raz jest się w pierwszej ciąży :) Do terminu wg ostatniej miesiączki (którą i tak mam źle wpisaną) pozostało 22 dni. Do terminu z USG jakieś... 15 dni? (!) Nieważne. Ważne, że już sierpień, który jeszcze na początku tego roku wydawał się taki odległy. Który wydawał się wręcz niemożliwy.

20 grudnia 2013 roku namawiana przez R. zrobiłam test - dwie kreski - i świat się zatrzymał. Zatrzymał tego dnia i ruszył ponownie w chwili, kiedy usłyszeliśmy "jest wszystko w porządku, posłuchajcie teraz bicia serca". Wtedy jednak byłam przerażona. Choć może bardziej zawiedziona... zawiedziona sobą. Że pozwoliłam, by doszło do czegoś takiego. I pewnie brzmi to tak, jakbym nie chciała tej ciąży. Nie chciałam. Bo byłam przekonana, że mój organizm odbierze życie kolejnemu dziecku. Pierwszy raz straciłam je w maju. Drugie we wrześniu. A grudzień był zbyt blisko września, by wszystko mogło być w porządku. To był czas przed świętami. Mieliśmy wolne. Z dnia na dzień zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Polski odpocząć. Kolejna wizyta była zapisana na 8 stycznia. Do tego czasu pierwszy raz czułam mdłości. Ledwie jadłam. Piłam herbatę z imbirem - trochę pomagało. Wtedy ten stan był taką małą iskrą nadziei, bo coś się jednak zmieniło.

Wróciliśmy do Niemiec. W środę ósmego stycznia zobaczyłam najpiękniejsze zdjęcie świata. Moje 1,25 cm szczęścia.


Ruszył świat.

Od tamtego czasu minęła jakby cała wieczność. Patrzę w lustro i widzę swój wielki brzuch. Kładę na nim dłonie. Mała piąstka dotyka mnie przez skórę. Kiedy ktoś zapyta się mnie kiedyś, czym jest dla mnie szczęścia właśnie taka będzie moja odpowiedź. Przez ostatnie miesiące doświadczam cudu.

Ten cud oszczędził mnie na szczęście z wymiotami, a większe dolegliwości ciążowe przysłał dopiero po 30 tygodniu. Ta ciąża była nawet przyjemna, jakby nie patrzeć :)

Z początku był strach. Potem podekscytowanie. Teraz jest czekanie. Zniecierpliwienie. Najbardziej, co mnie wymęczyło, to zgaga, w ostatnich tygodniach wręcz podchodząca do gardła, problemy z zasypianiem i ranne budzenie się (drzemki wieczorne w pewien sposób pomagają), chroniczne zmęczenie, problemy ze znalezieniem sobie odpowiedniej pozycji i ostatnio - obolałe kości, krzyże, kłucie, skurcze przepowiadające. A te robią się coraz częstsze i silniejsze. Czuję, że nasze Show time zbliża się wielkimi krokami. Ale znając życie Okruszek może nas przetrzymać nawet do końca sierpnia. Czas pokaże.


Kończymy zatem 37 tydzień ciąży. Gdzie podział się ten czas? Pozostaje uśmiech i świadomość, że przyjdzie czas pisania "37 tydzień życia Okruszka. Gdzie podział się TEN czas?".


7 komentarzy:

  1. Jestem pewna, że Okruszek wynagrodzi Wam wszystkie smutne chwile. Jeszcze tylko moment, i będziesz całować te słodkie stópki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A jednak cuda się zdarzają, a marzenia spełniają... trzeba w nie wierzyć i o nie walczyć do samego końca! :) Jeszcze troszeńkę i ujrzycie swoje ukochane Maleństwo! :):):)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wzruszył mnie ten post. Takie cuda są najprawdziwsze i najbardziej wzruszające! Na pewno będę śledzić Twojego bloga i trzymam kciuki żeby poród przebiegł bez problemów. Pozdrawiam serdecznie!! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ty zrobiłaś test a ja wracałam z moim cudem do domu :D
    pozdr i zapraszam do nas www.swiatkarinki.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Aaaa! Dobrze wiedzieć ze nie tylko dla mnie ten czas tak śmiga! Choc ostatnie dni sie wloką... ale to pewnie dlatego ze ja chxe juz!! Pięknie to oposalas :)

    OdpowiedzUsuń
  6. W końcu spełnią się Twoje marzenia ;-) Niebawem wasz Okruszek będzie z wami!Ja też nie mogę się już doczekać,odliczam dni,zastanawiam się kiedy to nastąpi!;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny post, wzruszyłam się.

    OdpowiedzUsuń